piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 2.

Skończyłam swoją miskę płatków, zawiesiłam torbę na ramię i zdobyłam się na suche "Cześć" do rodziców; nie byłam na nich obrażona czy zła, ale dalej było mi przykro.
Założyłam swoje wielkie, fioletowe słuchawki i wsłuchałam się w piękne dźwięki piosenki "Up". Była ona jedną z moich ulubionych. Przeszłam zaledwie parę metrów, kiedy ktoś prawie na mnie wpadł. Obróciłam się  i zdjęłam z uszu słuchawki. Stał tam Mateusz chowając ręce za plecami.
- Mati? Co ty tu robisz? Spieszę się... - mówiąc to zaczęłam się oddalać.
- Nie, Marto! Teraz mi nie uciekniesz!
- O co ci chodzi? - zapytałam i zatrzymałam się gwałtownie.
- Od paru tygodni mnie unikasz - chciałam coś powiedzieć, ale mi nie dał - W szkole ze mną nie rozmawiasz, na przerwach gdzieś znikasz, nie odbierasz połączeń i esemesów. Co się dzieje?
- Nic - skłamałam.
- A tak poza tym - zaczął - Justin ma koncert w Polsce, prawda? Jeszcze tu, w Łodzi. Przejdziesz się?
     Szybko odwróciłam głowę w bok.
- Tak mi przykro! - Mateusz spojrzał mi głęboko w oczy. Było to bardzo przenikliwe spojrzenie.
- Daruj sobie. Przeżyję...
W jednej chwili chłopak już klęczał na mokrym od roztopionego śniegu chodniku i ni stąd ni zowąd wyczarował ogromny bukiet krwistoczerwonych róż. Rzekł:
- Martuś, od kiedy byliśmy mali cholernie mi się podobasz. Nie miałem odwagi ci tego powiedzieć, ale myślę, że teraz ten moment nadszedł. Chciałbym być kimś więcej... Ja... Czy będziesz ze mną chodzić?
- Ja tego... eee... nie mogę, bo tego.... muszę już iść! - wypaliłam zszokowana i pędem pobiegłam do szkoły, zostawiając Matiego samego.
W samym wejściu do klasy powitały mnie Amanda i Julia:
- Och, witaj, wielmożna Belieberko! Może słyszałaś, że mamy już bilety na koncert Justinka? Sam bilet kosztował tysiąc złotych, a do tego jeszcze M&G także za tyle. No cóż... niektórzy mają rodziców, którzy ich kochają, albo przynajmniej dostają godziwą pensję za pracę! - zachichotały. Dobrze wiedziały, że nie będzie mnie stać na koncert Jusa. Zacisnęłam pięści i zajęłam swoje miejsce.
Minęła jedna godzina, druga, piąta, siódma, a Mateusz jak się nie pojawił, tak się nie pojawił. Zaczęłam się martwić i gdy tylko zadzwonił dzwonek ogłaszający koniec lekcji, połączyłam się z jego numerem. Dzwoniłam jedenaście razy. Za każdym razem włączała się poczta. W sumie to mu się nie dziwię! Okropnie go potraktowałam, ale on NIGDY się na mnie nie obrażał. Postanowiłam więc do niego pójść. Na całe szczęście drzwi domu, który tak dobrze znałam otworzyła mi mama Mateusza; uwielbiała mnie.
- Witaj, Martusiu! Zapewne wiesz, że Mateusz nie poszedł dziś do szkoły? Mnie nic nie chciał powiedzieć. Proszę, wejdź i porozmawiaj z nim. Zamknął się w swoim pokoju.
- Jasne, ciociu - nie było sensu zwracać się do niej per pani, ponieważ znałam ją już dwanaście lat.
- Kochanie - zaczęła niepewnie - widziałaś się z nim dzisiaj? Wyruszył do szkoły, a po dwudziestu minutach wrócił cały przemoczony...
- Nie - odparłam szybko, ale stanowczo i wbiegłam po krętych schodach na górę. Zapukałam. Odpowiedzi nie było. Cóż, mogłam się tego spodziewać, lecz mimo to pchnęłam drzwi i po cichu weszłam do pokoju. W oczy od razu rzuciła mi się ściana udekorowana naszymi zdjęciami: Od góry czasy przedszkolne do samego dołu, gdzie królowały już licealne fotki. Oderwałam od niej wzrok lekko się uśmiechając. Nagle dostrzegłam Mateusza; siedział na obrotowym krześle podpierając głowę ręką. Zdziwiło mnie to, że nawet się nie odwrócił, ale być może był to rodzaj jakiejś "kary". Podeszłam do niego i odwróciłam krzesło twarzą do mnie: Mateusz spał. Jego bluza była cała mokra, a twarz jeszcze błyszczała od nie do końca zaschniętych łez.
   Serce pękło mi na dwoje.
Wyglądał tak słodko kiedy spał... A teraz z twarzą mokrą od płaczu? Było mi go tak żal, że moje oczy same zwilgotniały. Przyjrzałam mu się; nigdy tak na to nie patrzyłam, ale Mateusz był naprawdę przystojny. Zawsze na pierwszym miejscu stawiałam Justina i tak będzie zawsze, lecz czas się pogodzić, że w życiu go nie zobaczę na żywo. Jeszcze raz spojrzałam na chłopaka. Był taki słodki, że nie potrafiłam oderwać od niego oczu. Teraz już wiem dlaczego tak podobał się Julii i Amandzie. Po raz pierwszy mogłam wpatrywać się w jego twarz tak długo i dokładnie; miał słodkie dołeczki, oczy, chociaż zamknięte to bardzo duże i piękne długie rzęsy. Nie mogłam się oprzeć i strzeliłam mu fotkę. Uśmiechnęłam się i szturchnęłam go lekko. Natychmiast się obudził.
- Coo? Och, Marta! Co ty tu robisz? - zaczerwienił się - Długo tu jesteś?
- Dosyć długo żeby stwierdzić, iż jesteś świetnym, uroczym i kochanym chłopakien oraz, że zasługujesz na kogoś wartego ciebie, a ja jestem okropnym potworem, który wszystkiego się boi i...
Nagle Mateusz wziął mnie na kolana i mocno przytulił. Często tak robił.
- Ej, przestań! To ja zachowałem się jak idiota. Znamy się przez prawie całe życie, jesteśmy jak brat i siostra, a ja pytam cię o chodzenie. Przepraszam - wymruczał mi w ucho.
- Jasne... To co? Zgoda? - zapytałam z nadzieją w głosie.
- Oczywiście!
Przez około dwie godziny zaśmiewaliśmy się do łez. Kiedy musiałam wracać, mój przyjaciel wrócił jeszcze na górę po telefon. Jego mama, Natalia rzekła z ogromnym uśmiechem:
- To niesamowite, że tak na niego działasz! Dziękuję, moja czarodziejko!
Cmoknęłam ją w policzek, bo Mateusz właśnie wrócił.
- Przyjaźn na zawsze? - zapytał, kiedy dotarliśmy pod mój blok.
- Na zawsze - skinęłam głową, również jemu dałam całusa i dodałam:
- No to do jutra!
Wzięłam szybki prysznic i wpakowałam się do łóżka. Jutro sobota. Świetnie. Uruchomiłam laptopa i włączyłam film: Never Say Never.
Nie, ja nie mogę wątpić, że go spotkam! Kiedyś się uda. Na pewno!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz