niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 3.

Ziewnęłam i otworzyłam oczy. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu; budzik zadzwoni za siedem minut. Szybko go wyłączyłam i zwlokłam się z łóżka.
- OMFG! - ryknęłam sama do siebie. Przecież dziś jest dwudziesty piąty marca! Troszeczkę już pogodziłam się z tym, że go dzisiaj nie zobaczę, ale dalej bolało mnie z tego powodu serce.
Ubrałam się, związałam luźny warkocz i porwałam z kuchni tosta. Chwilkę później ktoś zadzwonił do drzwi.
- Hej, Mati! - powitałam przyjaciela.
- Witaj, księżniczko. Gotowa?
- Tak, tylko wezmę torbę.
  Zarzuciłam ją na ramię i wyszłam na zewnątrz. Pogrążyliśmy się w przyjemnej rozmowie:
- A więc dziś Jus występuje w Polsce?
- Taak. To dzisiaj - przeciągnęłam ostatnie słowo.
- Dalej ci przykro, prawda? Mi jeszcze bardziej niż tobie, że nie mogę ci pomóc. Może spędzimy ten dzień razem, co?
- Nie. To znaczy... wybacz, ale nie. Chcę być tam myślami. Mieszkam bardzo blisko atlas areny... Mogę usiąść sobie gdzieś z boku i... myśleć...
- No dobrze. A więc spędzę ten dzień bez mojej pięknej gwiazdeczki...
Zanim zdążyłam udzielić odpowiedzi na tą krępującą wypowiedź, dotarliśmy do szkoły.
Wspięliśmy się po marmurowych schodach na drugie piętro i skierowaliśmy się na ławeczkę.
- Ej, czy to nie Amanda? Dlaczego ona płacze?
- Co, Amanda? Płacze? - zapytałam zdezorientowana.
Rzeczywiście. Amanda płakała po raz pierwszy od kiedy ją spotkałam. Chciałam do niej podejść, ale mój stosunek do niej przezwyciężył to pragnienie. Usiadłam na ławce i kątem oka obserwowałam co się dzieje; Amanda siedziała na ziemi z głową w kolanach płacząc. Obok klęczała i obejmowała ją bezradnie Julia. Całą scenę zwieńczało z siedmiu chłopców i cztery dziewczyny, które zawsze za nimi chodziły.
Jednak w jednym momencie... Amanda wstała, otarła twarz i podeszła do mnie!
- Posłuchaj... Wczoraj moja mama miała w-wypadek i... n-nie ży-yje. Nie m-musisz - dała mi do zrozumienia, kiedy otwierałam usta - Jestem w żałobie i nie dam rady tam pójść. Chciałabym żebyś to przyjęła - wyjęła jakiś zwitek papieru - To bilet na koncert twojego idola, Marto. Miejsca tuż przy scenie oraz Meet & Greet. Jesteś prawdziwą Belieber i jestem pewna, iż Justin był by z ciebie dumny. Przepraszam za wszystko. Wybacz mi! - przytuliła mnie! Mój wróg mnie przytulił... Byłam zszokowana, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Było mi przykro. Spojrzałam na nią z niekłamanym współczuciem...
- Dziękuję ci, Amando, ale nie mogę tego przyjąć. Nienawidziłyśmy się od pierwszej klasy, lecz czas to zmienić. Jest mi naprawdę przykro. Naprawdę. A ty jesteś bardzo, bardzo dzielna!
    
      Siedziałam sobie w swoim pokoju przemyślając to, co zdarzyło się dzisiaj. Osoba, której szczerze nie cierpiałam chciała oddać mi swój bilet na koncert najważniejszej osoby w moim życiu, ale jestem człowiekiem honoru. Nigdy bym go od niej nie wzięła! - z zamyślenia wyrwał mnie budzik; no tak. Nastawiłam go pół do siódmej, aby zdążyć do parku przy atlas arenie.
Ubrałam buty, nałożyłam kurtkę i zaczerpnęłam świeżego powietrza. Po sześciu minutach wędrówki zaczęłam słyszeć hałasy. Narastały z każdym krokiem. No tak, to Beliebers. Wyłoniłam się zza malutkiego lasku i wtedy ją zobaczyłam: atlas arenę. Wnętrzności przewróciły mi się w brzuchu, serce pękło, a łzy mimowolnie popłynęły po twarzy. On już tam jest... Mój idol jest parę metrów ode mnie... Szybko przebiegłam koło tego miejsca i skierowałam się do mojego ulubionego parku. Usiadłam na jednej z najbliższych ławek. Nikogo nie było. Mało kto tu przychodzi...
Zaciskając zęby odliczałam minuty do koncertu: dwadzieścia... jedenaście... siedem... cztery... już tylko dwie.... Zaczęło się! Całą siłą woli zmuszając się aby nie płakać, zaczęłam nasłuchiwać.
Czyli mogę powiedzieć, że słyszałam go na żywo? Justin zaczął śpiewać All Around The World... Boyfriend... As Long As You Love Me... Beauty and a beat... i wreszcie... One Less Lonely girl! Wtedy już nie wytrzymałam. Popłakałam się na dobre. Nie potrafiłam pozbyć się myśli, że mogłam być tą dziewczyną dla której śpiewa Justin... Podciągnęłam kolana pod brodę i otarłam łzy rękawem kurtki. Jeszcze przez około godzinę wsłuchiwałam się w rytmy muzyki, po czym usłyszałam pożegnalne słowa Justina i koniec... Justin zszedł ze sceny. Odetchnęłam głęboko i kolejny raz pozwoliłam, aby całkiem pochłonęły mnie myśli. Myślałam i myślałam...  Wyciągnęłam telefon z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz; cztery po jedenastej. M&G już dawno się skończyło.
- Hej, potrafisz mówić po angielsku? - zapytał jakiś dziwnie znajomy, męski głos.
- Och, tak - odparłam zaskoczona.
   Spojrzałam na przybysza. Miał ubrane czarne rurki, adidasy, kurtkę i kaptur nałożony głęboko na głowę, przez co nie było widać jego twarzy nawet w oświetleniu ulicznych latarni.
- Mogę się dosiąść? - nie czekając na odpowiedź, zrobił to - Co się stało, że taka urocza dziewczyna siedzi sama w poniedziałkowy wieczór w parku?
- Koncert idola - odparłam rad, że mogę się komuś zwierzyć - czekałam na niego parę lat, a kiedy już tu wystąpił, nie mogłam pójść. Nawet nie wyobrażasz sobie jak mi przykro. To okropne.
- Zdaję sobie sprawę, uwierz. Tylko... czy to nie jest czasem Justin Bieber?
- Och tak! To on! Skąd wiesz?
- Nie jestem głupi - zwrócił twarz ku mnie i chyba się uśmiechnął, ale dalej nie widziałam jego buzi - Tak czy inaczej... Justin uczy swoich Beliebers słów Never say Never i Believe, prawda? Skąd możesz wiedzieć, że twój idol nie jest bliżej niż myślisz...
- Masz rację. Muszę uwierzyć. A kim ty tak właściwie jesteś?
- Osobą, którą dobrze znasz. Zapisz proszę mi twój numer, a napiszę ci o której moglibyśmy się spotkać. Poznasz moją "tożsamość". Przyjechałem z zagranicy i wracam jutro wieczorem.
- Jasne, że chcę się dowiedzieć! - zapisałam mu swój numer na małek karteczce, którą mi podał - Do jutra!
- Cześć! Do jutra! - odpowiedział chłopak.
  
    Wzięłam szybki przysznic i włożyłam piżamę. Nie zdążyłam nawet pomyśleć nad tym, co się zdarzyło. Zasnęam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz